„Znieczulica społeczna”, czyli słów kilka o zjawisku dyfuzji odpowiedzialności

Obrazki z życia niecodziennego

Przystanek pełen ludzi. Obok jakiś podejrzany jegomość leży na chodniku i nie rusza się. Nikt nie reaguje. Na pewno pijany, to nie ma potrzeby. Autobus pełen ludzi. Rozwydrzony młodzieniec wyzywa babcię, która przypadkiem zaczepiła go swoją walizeczką na kółkach. Nikt nie reaguje. Jeszcze komuś innemu krzywdę zrobi. Wypadek. Uczestnicy wypadku krzyczą, cali we krwi. Wokół tłum gapiów. Nikt nie wzywa pogotowia. Na pewno ktoś już to zrobił…

Dobrze znane obrazki, prawda? Na pewno każdy z was uczestniczył w podobnym zdarzeniu. Jakie wnioski wyciągnął? Znieczulica społeczna! Ludzie są bez serca! Zanim z taką łatwością ocenimy innych (bo wiadomo, że nie siebie…) warto dowiedzieć się co nieco na temat zjawiska dyfuzji (rozproszenia) odpowiedzialności.

Tragiczna historia Kitty Genovese

Na początek jednak poznajmy historię Kitty Genovese, młodej mieszkanki Nowego Jorku. W marcu 1964 roku, podczas nocnego powrotu z pracy została zaatakowana przez mężczyznę nieopodal swojego domu. Mężczyzna zadał jej ciosy nożem. Kobieta krzyczała, wzywała pomocy. Była słyszana przez większość swoich sąsiadów. Gdy jeden z nich krzyknął przez okno, napastnik uciekł, a ranna Kitty próbowała dostać się do domu. Jej stan był poważny, krwawiła, jednak żaden z sąsiadów nie wyszedł do niej, aby udzielić pomocy, nikt też nie wezwał pogotowia ani policji. Po około 10 minutach napastnik powrócił. Przeszukał pobliskie tereny, aż w końcu znalazł ranną Kitty leżącą na korytarzu w budynku, w którym mieszkała. Zadał jej kolejne ciosy nożem, wykorzystał seksualnie, zabrał pieniądze, które miała przy sobie i zostawił umierającą. W międzyczasie jeden z sąsiadów otworzył drzwi od swojego mieszkania i obserwował dramat kobiety, jednak nie powstrzymał napastnika. Policja została wezwana dopiero po kilku minutach od ucieczki mordercy. Kitty zmarła w drodze do szpitala.

Badania nad dyfuzją odpowiedzialności

Ta tragiczna historia zmotywowała psychologów społecznych do podjęcia badań nad trudnością ludzi w reagowaniu w sytuacjach trudnych. Bibb Latane i John Darley przeprowadzili eksperyment z udawanym atakiem padaczki. Uczestnikami eksperymentu byli studenci, którzy zostali poinformowani, iż, zamknięci w osobnych kabinach, będą dyskutować o życiu studenckim. Porozumiewać się mieli za pomocą telefonów. W rzeczywistości w studiu eksperymentalnym zawsze siedział tylko jeden uczestnik, zaaranżowane były jednak trzy sytuacje: kiedy otrzymywał informację, że jest jedynym partnerem do rozmowy, w drugiej – w rozmowie uczestniczyły trzy osoby, w trzeciej zaś, że dyskusja jest prowadzona między sześcioma osobami. W trakcie eksperymentu jeden z uczestników nagle zaczynał symulować atak padaczki dławiąc się, krzycząc i prosząc o pomoc. Wyniki pokazały, iż osoba, która była przekonana, że jako jedyna słyszy atak padaczki drugiego uczestnika podjęła się próby ratowania go i robiła to w najszybszym czasie (85% studentów podjęło działania w ciągu 60 sekund). W drugiej grupie 62% osób podjęło działania w pierwszej minucie, zaś w trzecim przepadku, gdzie uczestnik był przekonany, że atak jest słyszany jeszcze przez parę innych studentów – zaledwie 31% osób podjęło działania w pierwszej minucie. Co więcej, o ile w dwóch pierwszych grupach podczas 6 minut trwania eksperymentu wszyscy ostatecznie się zaangażowali, to w ostatniej procent w 6 minucie zwiększył się jedynie do 62%.

Jakie wnioski wyciągnęli badacze tych i kolejnych badań oraz eksperymentów? Zjawisko dyfuzji odpowiedzialności polega na tym, że im więcej świadków jakiegoś trudnego zdarzenia, tym mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia u nich poczucia odpowiedzialności za rozwój wypadków. Kiedy dzieje się coś wyjątkowego i niespodziewanego, nie wiemy jak odnaleźć się w takiej sytuacji, jak ją zinterpretować, rozumieć oraz jak powinniśmy się zachować. Szukamy wskazówek w zachowaniach innych ludzi, zaczynamy zachowywać się jak oni (konformizm normatywny) oraz tłumaczyć sobie sytuację tak, jak według nas tłumaczą to pozostali świadkowie (konformizm informacyjny). Kiedy więc dostrzegamy brak reakcji u innych, wyciągamy wnioski, że sytuacja nie jest na tyle wyjątkowa, czy niebezpieczna, aby wymagała podjęcia jakiejkolwiek aktywności. Paradoks polega na tym, że inni będą wyciągać takie same wnioski na podstawie naszego biernego zachowania i koło się zamyka (tzw. kumulacja ignorancji). Wszystkich uczestników będzie motywować lęk przed zrobieniem czegoś innego, niż reszta grupy, ponieważ może to potencjalnie zakończyć się odrzuceniem, brakiem akceptacji, wyśmianiem czy po prostu zrobieniem z siebie idioty.

Obok powyższych wniosków badania wykazały jeszcze, że w mniejszych miejscowościach, gdzie ludzie nie żyją w tak wielkim pośpiechu oraz gdzie nie są tak mocno bombardowani przez niezliczoną ilość bodźców, jest większa szansa dostrzeżenia i zareagowania przez kogoś w sytuacji nietypowej. Jednak nawet kiedy już zauważyliśmy sytuację, interpretujemy ją jako poważną i wymagającą interwencji, może nas jeszcze blokować lęk przed nieumiejętnością wybrania odpowiedniej formy pomocy (co mam zrobić kiedy ktoś obok osunie się na ziemię? A kiedy jestem świadkiem wypadku?). Powstrzymywać mogą także potencjalne koszty takiej pomocy. Jeżeli widzę, że obok mnie właśnie ktoś krzyczy na drugą osobę, to istnieje duże ryzyko, że jeśli zainterweniuję, to również ja stanę się obiektem agresji. A jeśli to tylko zwykła sprzeczka lub wygłupy, to po prostu skompromituję się. Jak widać, powyższe czynniki mogą się wzajemnie mieszać i tym samym umacniać brak reakcji.

Jak reagować?

Co warto zrobić, kiedy znajdziemy się już w takiej sytuacji i chcemy zapobiec dyfuzji odpowiedzialności? Warto powiedzieć głośno, jak widzimy daną sytuację (dzięki czemu wzrasta szansa, że inni zaczną ją podobnie interpretować) i kiedy zaczynamy działać, należy zaangażować jakąś konkretną osobę, wskazując ją i wydając jej konkretne polecenie, np. proszę zadzwonić po policję, pogotowie, nie odchodzić, bo może być pan potrzebny. Nie rzucamy próśb czy poleceń w tłum, bo… może znów pojawić się rozproszenie odpowiedzialności.

Zjawiskom grupowym podlega każdy z nas w mniejszym bądź większym stopniu. Warto o tym pamiętać przy kolejnym nietypowym zdarzeniu w naszym życiu, a także wtedy, kiedy z łatwością będziemy posądzać innych o brak serca czy znieczulicę. Niestety, my wcale nie jesteśmy tak wyjątkowi, jak nam się wydaje.

yJl7OB3sSpOdEIpHhZhd_DSC_1929_1

Reklamy

2 thoughts on “„Znieczulica społeczna”, czyli słów kilka o zjawisku dyfuzji odpowiedzialności

  1. No i właśnie dlatego lubię Cię czytać, szanowna autorko :). Po poprzednim artykule o asertywności nauczyłem się sformułowania ” ostracyzm społeczny”, a tym razem to „dyfuzja odpowiedzialności”. Oczywiście bardzo uprościłem wartość edukacyjną znaczenia cienia, jednak w przypadku zjawiska dyfuzji odpowiedzialności według mnie to edukacja od najmłodszych lat ma kolosalne znaczenie. Wiem też z wiarygodnego źródła (żona nauczycielka w przedszkolu), że zajęcia z przedszkolakami (zapewne nie wszędzie) prowadzone przez strażaków,policjantów uczą maluchy, jak zachować się jeżeli jesteśmy świadkami wypadku, ktoś tonie, załamie się lód, czy zobaczymy pożar lub widzimy, że ktoś napadł na inną osobę. Jakikolwiek by to nie był przypadek, zawsze wpajane jest żeby podjąć działanie. Oczywiście dyfuzja odpowiedzialności dotyczy wielu osób równocześnie obserwujących jakieś dramatyczne zdarzenie. ” Im więcej świadków tym mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia u nich poczucia odpowiedzialności”, ale czym częściej od najmłodszych lat wpajane i powtarzane będzie w sposób mądry i ciekawy, jak należy się zachować, to zaprocentuje to, kiedy taka sytuacja wydarzy się. Nauczy prawidłowo reagować!!!! W życiu dorosłym, role taką pełnić powinny szkolenia bhp o ile się nie mylę. Ponadto nauki takie niejako wymuszają na nas, że mimo woli zastanawiamy się, co bym zrobił gdybym był świadkiem jakiejś tragedii i jeżeli wniosek jest inny niż bycie baranem w stadzie baranów, to też niewątpliwy sukces.
    Mi kiedyś wydarzyła się sytuacja, że rozpędzony rowerzysta uderzył w bok autobusu którym jechałem. Zadzwoniłem na 112, a na szczęście okazało się że w autobusie jechała pielęgniarka, która rozpoczęła reanimację rannego. Wniosek: skoro mogła się tego podjąć wyedukowana pielęgniarka, mógł to zrobić odpowiednio przeszkolony każdy z pasażerów, ja też. I chociaż wiem jak to zrobić, dziękowałem opatrzności, że była. Czy gdyby jej nie było zacząłbym reanimację? Ha, na tyle się znamy na ile nas sprawdzono……

    Polubienie

  2. Cieszę się, że każdy znajdzie w moich tekstach coś dla siebie, coś swojego. Jeśli to będzie chociaż nowe słowo czy określenie – wspaniale 🙂
    Tak, wyuczanie pewnych zachowań jest ogromnie ważne. To może być wzywanie pomocy, ratowanie komuś życia, czy samoobrona… Problem polega na tym, że takie sytuacje nie zdarzają się codziennie, w natłoku codziennych spraw stają się więc odległe, mniej ważne. A przecież zdarzeń wyjątkowych nie wpiszemy sobie do kalendarzy, aby dzień wcześniej odpowiednio się przygotować…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s