Droga Świadomości, dosłownie i w przenośni

Droga Świadomości

A może wreszcie dostrzegłam, że jest wyjście? Na drugim końcu tego wielkiego, obcego salonu, w którym się znalazłam. Zarys drzwi, nie w pełni jeszcze widoczny… Muszę się zbliżyć. Zrobić kolejny krok. Mimo, że jest tu tak strasznie ciemno i nic nie widzę… Nie wiem na czym postawię stopę… A co jeśli, to będzie pułapka, Świadomości? Sidła? Głęboka dziura w podłodze? Noga trupa? Stawiam. Potykam się zdecydowanie bez gracji, a spod podeszwy wyskakuje z oburzonym piskiem mysz. Więcej tu jednak strachu z oczekiwania kataklizmu, aniżeli faktycznej utraty równowagi. Ale to wiem dopiero, gdy chwilę już postoję, uspokoję oddech i spojrzę na moje swobodnie stojące stopy. Mała mysz, która przycupnęła nieopodal, przestaje być krokodylem.

Odwracam się. Całkiem niedaleko kuszą pozostawione drzwi. Szeptem nawołują:

– Chodź, zawróć… udawajmy, że wcale tu nie weszłaś… – A może by tak wrócić? Tu tak strasznie… Wcale nie wiem co czai się za tymi, które majaczą niewyraźnie w mroku. A te pierwsze są dobrze znane. Bezpieczne. Tak, Świadomości, wiem, że za nimi jest brzydki korytarz. Ustawione w rzędzie stare krzesła. Znam dobrze każde z nich. Tyle było powodów, żeby w każdym z nich rozsiąść się wygodnie… Nieprawda…? Rzeczywiście, wcale nie było mi wygodnie. Były twarde i jedna noga zawsze była krótsza, chybotały się nieprzyjaźnie. Poczekalnia mojego życia. Czasem obok ktoś siedział…

Raz jedna Duża Pani. Przywiązała mnie do siebie za pomocą złotego łańcuszka. Takiego, jaki chciałam mieć od dziecka. Początkowo ucieszyłam się. Taki cenny dar! Ale dopiero po jakimś czasie, kiedy inna Duża Pani w lustrze zawołała mnie ochoczo, okazało się, że nie mogę wstać i wyjść jej na spotkanie. Złoty łańcuszek związał mi ręce. Skrępował stopy. Owinął serce.

Był też Duży Pan. Ale on szybko wyszedł. Mimo że tak chciałam, żeby ze mną został.

Innym razem, na innym już krześle, siedziałam, zdaje się, wieki całe. Byłam całkiem sama. Nikogo nie było przede mną, a mimo to nie mogłam przestać czekać. Zapatrzyłam się tak mocno w ten pusty korytarz, że drzwi wejściowe całkowicie się zablokowały. Chyba ktoś pukał, a może nawet dzwonił nieustępliwie dzwonkiem, ja jednak, zasłuchana nieprzytomnie w opowieści sąsiadki ciszy, drzwi wejściowych nie otworzyłam. To była zima. Ale bez Bożego Narodzenia.

Innym razem obok usiadł On. Siedział długo. Rozpoczęliśmy dialog. Wyobrażasz sobie, że dopiero o świcie, gdy wstawał nowy dzień, uświadomiłam sobie, że wcale nie czekamy pod tymi samymi drzwiami…?! On próbował mnie przekonać, że te jego są jedynie słuszne, ale przecież moje były na lewo, a jego na prawo.

A zatem idę teraz przez ten przerażający salon, Świadomości. Wiesz… bardzo tu nieprzyjemnie. Źle mi tu. Dyskomfort otula mnie szeleszczącą peleryną, pod którą jeszcze bardziej wieje… Staję nieopodal okna. Mój boże… widzę Innego! Jest wiosna. Słońce nad nim świeci tak obficie. Wokół tyle smaków natury. Opieram zmęczone czoło o szybę. A tu tak zimno… Brak mi sił. Brak wiary. Chciałabym móc otworzyć na oścież okiennice i wyrwać się z tego, gdzie jestem… Tak mu zazdroszczę. Ta moja droga jest przecież nie do przejścia… Kulę się i klękam z rezygnacją, zanosząc się bolesnym szlochem.

I wtedy, z perspektywy podłogi, dostrzegam klucz leżący u mych stóp. Klucz do wyjścia. Przypadek? Zawsze mi powtarzałaś, Świadomości, że ich nie ma… I że na dnie często jest znacznie więcej drogocennych skarbów, niż nam się wydaje. W inny sposób bym go nie odnalazła. Nie wiedziałabym nawet, że należy go szukać.

Podnoszę się, choć policzki wciąż wilgotne. Kolejny krok. Lampa! Nie widziałam jej wcześniej. Dwa koty siedzą na ławce, ochraniając się parasolem z abażuru. Zerkają na mnie łobuzersko z zachętą. Pewnie nie działa… Nie. Jednak daje się zapalić. Cudownie. Zmęczony półmrokiem wzrok chłonie ciepłą wyrazistość światła. Mimo że w kątach wciąż ciemno… Ale może znajdę kolejną lampę?

Coraz bliżej drzwi. Lęk nie odpuścił wcale, nie myśl sobie. Stąpa mi po piętach. Podwiewa zbyt cienką pelerynę. Ale dostrzegam plamę zamka, który umożliwi mi wyjście. Aby dodać sobie otuchy, ściskam w palcach znaleziony na dnie klucz.

Nawet jeżeli trudno będzie mi rozpoznać, co wokół się znajduje czy stracę orientację w kierunkach – dam sobie czas. Nawet jeżeli niespodziewanie stracę zdolność widzenia, wówczas delikatnie, powoli, nieprzyzwyczajone opuszki palców zaczną czytać drogowskazy. Nawet jeśli stanowić je będą rozpacz i smutek – tym uważniej przeczytam je do końca. Mapę doświadczeń. Cierpliwość do mnie samej złagodzi przeciąg. Znajdę po drodze ciepły płaszcz akceptacji i miłości własnej, mówiłaś.

Pozdrawiam, droga Świadomości. Jestem coraz bliżej. Do zobaczenia niebawem.

photo-1443845812488-fd71b2cf8820

Reklamy

6 thoughts on “Droga Świadomości, dosłownie i w przenośni

  1. Niektóre słowa maja na mnie przedziwny wpływ-sprawiają,że brakuje mi tchu I łzy napływają do oczu..Czuję się dotknięta nimi..Ta historia tak właśnie na mnie podziałała. Dziękuję.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Te o poszukiwaniach swojej własnej Drogi. O błądzeniu i strachu. O nieustępliwosci w szukaniu ‚moich’ drzwi.O nadziei. Pewności,że znajdę klucz. Poczułam,że to moja historia.

      Polubienie

    1. Bardzo miło mi czytać takie słowa. Poza radością niewątpliwie mobilizują do uważności i wyczucia podczas pisania kolejnych opowiadań. Może tam też pojawią się jakieś znajome dla Ciebie nieoczywistości? 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s