Czas na Ciszę

Zamknął muzyce usta zdecydowanym i bezdyskusyjnym przekręceniem pokrętła. Poprawił krawat i wyprasowaną białą koszulę. Ostatnie spojrzenie w lustro i już mógł podejść do drzwi. Nie dzwoniła. Nie pukała. Mimo to wiedział, ze już tam jest. Nacisnął klamkę, otworzył drzwi szeroko. Nawet one zamilkły, mimo że zwykle drwiącym skrzypieniem komentowały każdego gościa ośmielającego się przekroczyć próg jego domu.

Uśmiechnęła się na powitanie i bezszelestnie weszła. Człowiek wiedział, że najbardziej pożądany, w tym wyjątkowym momencie, będzie głęboki ukłon, jak przed królową. Spotkał go zaszczyt i był z tego niezmiernie dumny.

Nie było fanfar, grzmotów ani błysków. Rozemocjonowanych zapowiedzi ani oklasków. Ona tego nie potrzebowała. Potrafiła bowiem wypełnić sobą rzeczywistość całkowicie, czysto i bez najmniejszych wątpliwości. Ona nie musiała przekraczać granic, pytać czy argumentować. Ona po prostu była. Cisza.

Usiedli przy uroczyście nakrytym stole. Płomienie świec między nimi drżąco tańczyły staccato w rytm ich oddechów, mrugając do siebie poprzez szklane, przezroczyste naczynia. Cienie na obrusie, niczym papugi, nieudolnie i z przesadą, kontrowały rytmiczne podrygi ognia.

I to był już ten czas. Zaczęli cicho rozmawiać. Człowiek z przejęcia zachłysnął się przestrzenią, którą rozmowa ta przyniosła. Każdym zmysłem, niczym wielką siatką na motyle, chwytał kolejne słowa, komunikaty i opowieści. Słyszał rytmiczne pulsowanie swojej krwi w żyłach, swędzący zapach kurzu wciśniętego lękliwie w kącie pod kanapą. Litery zamknięte w książkach na regale buczały z napięciem niczym rój pszczół, a niebo przemawiało błyskami gwiazd, zduszonymi światłem nadętego miasta.

To jednak nic.

Człowiek nareszcie zaczął słyszeć siebie. Czysto, bez zakłóceń, propagandy, szumów i przerw w nadawaniu. Usłyszał wszystkie swoje czułe szepty, zachwyty i pełne przejęcia westchnięcia, których nigdy nie zdołał wykrztusić. Usłyszał swój krzyk, przerażający, gardłowy ryk dzikiego zwierzęcia, w którym ból, zbyt wielki do pojęcia, zabijał człowieczeństwo. Usłyszał rozległą pustkę samotności dotąd zagłuszaną na tysiące sposobów.

Słyszał także cieniutki i delikatny głos Dziecka, które zdołał wreszcie przytulić, na wskroś, do samego serca. Każdy lęk, wstyd, nadzieję i jej brak. Swą miłość bez granic i rozpacz bez granic.

Dźwięki były absolutnie czyste. Wyraźne. Bez fałszu, bez zakłamania. Takie, jakimi są naprawdę. Proste w swej istocie. Pozbawione nareszcie wszystkich racjonalizacji, samooszukiwań, wymówek i rozmywających filtrów.

Kolacja dobiegła końca. Klucz zachrzęścił w zamku, gdy zamykał za nią drzwi.

Miasto za oknem z szumem wypuściło wstrzymywany oddech. Człowiek jednak wciąż czuł się oczyszczony i przejrzysty, jakby wciąż jeszcze spływały po jego skórze krople oczyszczającej kąpieli ciszy…

bcjdbykwquw-kristina-flour

Reklamy

7 thoughts on “Czas na Ciszę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s