Błękitna mapa życiowych dróg

Z wahaniem przystanął tuż przed jej drzwiami. Zatrzymał powietrze w płucach, po czym z głośnym świstem je uwolnił. Bał się. Wiedział jednak, że musi tam wejść, że musi stawić jej czoła. Mało prawdopodobne, że nigdy jej nie spotka. A jeśli miałoby się tak stać – wcale nie było to pocieszające. Może nawet jeszcze bardziej przerażające.

– Tak źle i tak niedobrze… – pomyślał zafrasowany. Sytuacja bez wyjścia, bez ucieczki, bez ratunku. A skoro nie uciekniesz, wypadałoby się chociaż przywitać.

Zapukał. Odpowiedziało mu ciche skrzypnięcie i drzwi same się uchyliły. Ciężko, z wysiłkiem. Wszedł do środka. Nieproszone smugi światła wpadały przez niemrawo zasłonięte zasłony i zdradzały, niczym bezlitosne skarżypyty, obecność przycupniętego w nieruchomym powietrzu kurzu. Pokój pachniał Starością. Co się dziwić, w końcu od dawna tu mieszkała. Przygnębiający zapach starego drewna owijał się jak bluszcz wokół kulek naftaliny oraz mieszał z kwaśnym aromatem maści na obolałe stawy.

Siedziała w fotelu przykryta ciepłym kocem. Patrzyła na niego niecierpliwie, ucieszona z długo wyczekiwanej wizyty. Na stole parowała już herbata w obtłuczonym imbryku. Starość dobrze wiedziała, że Człowiek wcale nie miał ochoty do niej przychodzić, dlatego tym bardziej radowała ją jego obecność.

– Wiedziałaś, że przyjdę? – zapytał patrząc na dymiący przyjaźnie staroświecki imbryk.

– Wiedziałam – odpowiedziała spokojnie.

– Skąd wiedziałaś? – zapytał podejrzliwie.

– Tez kiedyś będziesz wiedział więcej – odparła tylko.

Usiedli przy stole. Człowiek szybko, zdecydowanie, Starość zaś z wysiłkiem, mrużąc nieznacznie oczy i przygryzając z bólu cienkie wargi przy nieproszonym akompaniamencie gruchoczących kości. Człowiek nie mógł na to patrzeć, skupił się więc na nalewaniu herbaty do przepięknych, porcelanowych filiżanek. Buchająca para stanowiła doskonałą wymówkę dla jego coraz bardziej wilgotnych oczu. Starość długo przyglądała się swojemu gościowi, ten jednak, z namaszczeniem grzebiąc łyżeczką w herbacie, nie miał odwagi podnieść wzroku. Wiedział, że ona jest gotowa. On jednak nie był. Ale czy kiedykolwiek będzie? Nieśmiało zaczął ukradkiem się jej przyglądać. Rozpoczął od dłoni, będących najbliżej kruchej filiżanki. Przecinała ją gęsta sieć wypukłych, niebieskich żyłek. Jak dopływy rzek, których wzburzona woda buntowniczo próbowała wyjść z brzegów, z wyznaczonego jej przeznaczenia. Każda z nich opowiadała inną historię życia. Tą przeżytą i tą utraconą na skutek podjętych decyzji. Wyborów czasem dobrych, czasem złych. Niektórych do tej pory nie zweryfikowanych. Błękitna mapa życiowych dróg przykryta była bladą, niemal przezroczystą skórą. Jak suchy, delikatny pergamin. Jak całun… Człowiek gwałtownie wzdrygnął się od skojarzeń, które nieproszone pojawiały się znikąd. Nie, nie znikąd. Z najgłębszych czeluści jego lęku…

Starość ubrana była w ciepły kardigan. Rozpinany sweterek, który sama wydziergała sobie na drutach. Z przodu dostrzegł ozdobne wzory, zastępczo spoczywające w miejscu niegdyś zajmowanym przez kształtne piersi.

Twarz. Człowiek przyjrzał się uważniej, naszła go bowiem zastanawiająca refleksja. Zastygły na twarzy wzór z bruzd, zmarszczek i worków zdawał się być skomasowanym odzwierciedleniem emocji i postaw, które dominują w życiu danego człowieka. Zmarszczki siedzącej przed nim Starości były wciąż gotowe do uśmiechu, co świetnie komponowało się z jej oczami, których błysku nie były w stanie zasłonić żadne kurze łapki. Człowiek ze zgrozą pomyślał o tych, którym na zawsze przylgnęła do twarzy wykrzywiona maska złości, wiecznego niezadowolenia i skwaszonego grymasu, a opadające bez końca i końca naburmuszone kąciki ust czyniły ich twarze karykaturalnymi i odstręczającymi.

Na ścianie tuż za plecami Starości wisiały liczne fotografie, stanowiące okna do światów, gdzie Starość jeszcze nie była Starością. Dzięki nim można było bezwstydnie podejrzeć małe dziecko biegające na golasa za wystraszoną kaczką, młodą, pełną radości życia dziewczynę tańczącą na wiejskiej potańcówce w ramionach tego jedynego, czy też dumną matkę otwierającą troskliwe ramiona na pierwsze kroki swojego dziecka. Starość, widząc zainteresowanie swego gościa, wstała powolutku od stołu i przyniosła albumy zapełnione kolejnymi migawkami z jej życia.

Człowiek, przeglądając z nieskrywaną fascynacją pękate tomy, wsłuchiwał się w okraszające opowieści czasem jak z wielobarwnych baśni, czasem jak z achromatycznego dramatu.

Idąc tu spodziewał się zastać smutek, samotność i niedołężność. Odkrył jednak, że ta delikatna, pokręcona przez bezlitosny czas starowinka nie spadła wcale z planety odwiecznych starców, a ma wciąż w sobie biegające boso dziecko czy pełną nadziei młodą kobietę.

Czy to jednak miałoby ułatwiać mu oswojenie się ze Starością? Czy ta świadomość tego, co było, ale już przecież nie ma, miałaby mu pomóc poczuć się spełnionym czy może uczynić jego starość tym bardziej bolesną i pełną głuchych przeciągów? Czy mądrość życiowa rzeczywiście stanowi dobry opatrunek na rany spowodowane przez ocierającą się w coraz bardziej pazerny sposób śmierć?

Znowu nie wiedział.

jake-thacker-113197

Reklamy

3 thoughts on “Błękitna mapa życiowych dróg

  1. Starość nie oznacza tylko ciepłego kocyka, bujanego fotela 😀 Dziś ludzie starsi czerpią z życia ile się da, podróżują , wykazują się aktywnością fizyczna. Na starość człowiek cieszy się bardziej z życia, ma więcej czasu dla siebie i bliskich. Na realizację marzeń których nie mógł spełnić będąc młodszym, ma odchowane dzieci, a może i wnuki . 😀 Przynajmniej mi się tak wydaje 😛

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s