Życie źle skrojone

Było mu niewygodnie. Coś go uwierało. Teraz nie miał już wątpliwości. Wcześniej jakoś sobie nie ufał. Wszyscy mówili, że jest dobrze. Że w głowie mu się poprzewracało. Że leży jak ulał. Że doceniać nie potrafi. A jego szczypało. Coś ciągnęło boleśnie. Dyskomfort był coraz bardziej nie do zniesienia.

Najbardziej w nocy. Kiedy nikt nie widział. Kiedy samotność ponuro rozlewała następną kolejkę do rozstawionych byle jak kieliszków. Kiedy światła ulicy bezczelnie, a może po prostu naturalnie, przyglądały mu się w takt wystukującego uciekającą ciszę budzika. Wtedy wychodziły pęcherze. Głębokie otarcia. Opuchnięta skóra dławiła zduszone serce. Bąble swędziały tak mocno, że rozdrapywał je do krwi. Człowiek wiedział, że tak się nie robi, jednak głęboka ruminacja rozszarpywała skórę ostrymi pazurami. Docierała do serca.

To życie go uwierało. Nie wszędzie, rzecz jasna. W niektórych miejscach było jak na niego krojone. Ale w innych miało wymiary i fason zdecydowanie nie jego. I tak na przykład musiał zawsze wciągać brzuch, bo miał spodnie jak zdjęte z ojca, który zawsze zaciskał mocno pasa. Wciąż chodził więc głodny, niezaspokojony, z żołądkiem zbyt ściśniętym, żeby pozwolić sobie na wykwintne i smakowite życiowe uczty. Zwykle chodził także w pstrokatym dziecięcym kapelusiku, zawiązanym niegdyś pod szyją przez matkę, który miał go chronić przed wszelkim złem. Bądźmy szczerzy – wyglądał głupio, infantylne nakrycie głowy nie pasowało do niczego. Nie mógł poczuć ciepłych promieni słońca, ani wiatru rozwiewającego włosy w podmuchach pełnych wolności i swobody. Uciskało go także pod pachami i kolanami. Przez dziury w skarpetach zaś przedostawał się piasek, który ocierał boleśnie zduszone stopy.

Człowiek postanowił coś z tym zrobić. Stanął przed lustrem. Wyjątkowo był środek dnia. Słońce, wchodząc do sypialni, wsypało niechcący jazgotliwy hałas ulicy. Wyłoniło wszystkie ukryte cienie, złe cięcia, dziury i bure kolory. Oświetliło hojnie zmęczoną twarz i zastygłe w wiecznym niezadowoleniu zmarszczki.

– Wiesz co, Człowiek… – zagadnęło, rozsiadając się swobodnie na niezaścielonym łóżku i kładąc obok wizytową torebkę.  – Może zanim zdecydujesz się, w jakim życiu ci do twarzy, to wcześniej zrzuć wreszcie te starodawne podomki, dziurawe skarpety, ściskające gorsety i za duże pulowery.

– Ale… – zaczął zawstydzony Człowiek.    – Nie będę się przed tobą rozbierać!

– Co ty, Słońca się wstydzisz? – gość wybuchnął promiennym śmiechem – Przecież ja i tak zawsze na ciebie zerkam. Może i trochę z góry, nie zaprzeczam…- przyznało. – Dziś jednak podzielę się z tobą tymi widokami. Czas najwyższy, żebyś i ty zobaczył wyraźnie sam siebie. Wyoglądał się ze wszystkich stron, jak w muzeum zastygłych rzeźb. Poznał swoje linie, załamania i kolory. Odkrył, co skrywają cienie zakamarków. Jak już siebie dobrze poznasz, prawdziwego golasa, który nie ma przed sobą nic do ukrycia, będziesz wiedział, jakie życie na siebie włożyć. – Słońce uśmiechnęło się życzliwie. Przy okazji nadepnęło na ogon cienia, który chciał czmychnąć w ciemny kąt pod łóżkiem, po czym rzuciło go z powrotem na oświetlony środek sypialni.

Człowiek zaplątał się w rozciągnięty pulower, który ściągał właśnie przez głowę. Jak trudno to wszystko zdjąć z siebie, pomyślał…

pete-bellis-125877

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s