Zmarszczki trwogi

Klucz jak na złość nie chciał się przekręcić, zamek zgrzytał i rzęził jak sfatygowana maszyna do szycia.

– Wymienię cię wreszcie, zobaczysz!

Motywacja zadziałała. Drzwi pośpiesznie uniżonym ukłonem zaprosiły do środka. Człowiek gwałtownie ściągnął buty, aż podleciały z piruetem pod sufit. Stanął sztywno przed lustrem. Uśmiechał się szeroko. Twarz łagodna, lekko zaciekawiona, wyrażała pogodę i hart ducha. Poczuł mdłości. Im bardziej się uśmiechał, tym mocniej ciągnęło go na wymioty. Oparł czoło o śliską taflę lustra. Oddychał głęboko, ale czuł, że coraz bardziej się dusi. W końcu z wysiłkiem zaczął majstrować pod brodą. Szukać czegoś, co mógłby uchwycić. Jest! Tuż pod uchem. Złapał, najpierw paznokciami, potem opuszkami palców, delikatnie, coraz dalej, aż wreszcie mógł chwycić całą dłonią. Podwadził i zaczął rozpaczliwie ściągać. Uprzejmy uśmiech zszedł mu z twarzy wraz z całą Maską, którą z obrzydzeniem szybko odrzucił na półkę z parasolami. Teraz mógł popatrzeć naprawdę na siebie. Na swoją niewyjściową wersję. Pot ściekał po skroniach, rozmazując kurz i znój. Zmarszczki na czole wypełniły się trwogą, zmęczeniem, a jedna nawet znudzeniem. Usta lekko drżały, łapiąc łapczywie świeże powietrze. Oczy wypełnione głębią nigdy nienazwanej rozpaczy, skrepowane odmawiały zerkania w lustro. Nie chciało mu się, nie udało, czuł się bezradny, przestraszony, zniechęcony na sto dwa. Włosy opadły potargane na czoło, z białego kołnierzyka zaś solidarnie odpadł guzik. I trudno. W nosie to miał. Nie tylko tam. Wisi mu to jak kilo kitu u sufitu. Właśnie tak.

Zadzwonił telefon. Człowiek nie miał ochoty odbierać, ale jednak wzdrygnał się przestraszony…

– Wypadałoby, co nie? – przytłumiony głos spod parasoli nie dawał za wygraną.

– Halo? – człowiek słuchał chwilę w zamyśleniu. – Tak, tak, u mnie wszystko w najlepszym porządku, opowiadaj co u ciebie.

Nie odnajdywał jednak w sobie przestrzeni na tę rozmowę. Nie miał ochoty słuchać swojego Rozmówcy. Potakiwać z zaciekawieniem, dopytywać, śmiać się zabawnie, gdy Rozmówca wyczekująco zakończył swój dowcip czy pełnym współczucia „ajajaj!” oburzać się i złościć na nieznanego sobie pana Miecia, którego mógł sobie co najwyżej wyobrazić. Ale nie chciał go sobie wyobrażać. Najzwyczajniej w świecie nic go to nie obchodziło. Rzucił na Maskę wielki kapelusz. Ach, jakże byłoby pięknie, gdyby zamieniła się pod nim w Królika. Albo Żabę. Żaby nie trzeba przecież przyklejać sobie płasko na twarzy. Żabę można wyrzucić do stawu. Ulotna myśl zatrzymała się, po czym zawróciła gwałtownie w stronę Człowieka, z niespodziewanym rozmachem malując rozkwitający uśmiech na jego twarzy.

– Przepraszam – Człowiek przerwał niekończący się monolog – nie mogę teraz rozmawiać. Muszę zająć się czymś bardzo ważnym.

Odłożył telefon. Zajął się sobą.

4 uwagi do wpisu “Zmarszczki trwogi

  1. Pierwsze skojarzenie to słowa, które już kiedyś zamieściłem, jako odpowiedź na dwóch różnych blogach ( blog „WMroku – wpis „Tłuszcz nośnikiem smaku” i blog „Koneserkachwili” – wpis „dePresja” – tam w trzeciej osobie 🙂 )

    Dotykiem marzenia
    tworzył.
    Uczuciem poznawał
    świat.
    Szum liści z wiatrem
    chłonął.
    Aż…harmonii poczuł
    smak.

    Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.