Postoję sobie…

– Stój! –krzyknął Człowiek – Ja cię skądś znam! Znam cię dobrze!

-Tak, tak, naturalnie… – tamten szedł dalej. Właściwie to pędził. Minę miał zafrasowaną, obecną prawdopodobnie tysiąc lat świetlnych stąd. Ciało niby było widoczne, ale szło na oślep, potykając się lub wpadając niezgrabnie na wystające elementy. Przyglądał się uważnie horyzontowi, ale nie dzisiejszemu, a temu z jutra. Czytaj dalej

Reklamy

Tam i z powrotem

Zamykasz oczy. Siadasz wygodnie. Liczysz w myślach od jednego do dziesięciu i zauważasz, że z każdą kolejną liczbą Twój oddech staje się coraz bardziej spokojny i wyrównany. Być może słyszysz różne dźwięki dochodzące z zewnątrz, jednak zupełnie ci one nie przeszkadzają. Czytaj dalej

Kołdra deszczu

Wyobraź sobie, że leżysz wygodnie w łóżku. Jesteś przykryty ciepłą kołdrą, która przyjemnie ogrzewa twoje ciało. Przewracasz się na drugi bok, przeciągasz. Nie musisz nigdzie wstawać, nie czekają na ciebie żadne obowiązki. Nikt od ciebie nic nie chce, ani nie wymaga. Przed tobą dzień tylko i wyłącznie dla ciebie. Czytaj dalej

Kompot truskawkowy

Człowiek przeciągał się powoli na leżaku.

– Mmm… – szepnął do swoich towarzyszy. Spojrzeli na niego ze zrozumieniem. Nie odpowiedzieli. Nie, nie dlatego, że lekceważyli Człowieka. Wręcz przeciwnie. Nie musieli nic więcej mówić. Bo i po co? Wszystko było tak proste, że bardziej jasne być nie mogło. Odpoczywali. Dodatkowe teorie były zbędne i tylko psułyby ideę tej prostoty. Czytaj dalej

Kapelusz Odpowiedzialności

Ciiiii… – szepnął Człowiek. Swojemu odbiciu w lustrze. Patrzyło bezczelnie i przemądrzale. Ach, jak go czasem denerwował ten irytujący typ. Udało mu się jednak przemówić spokojnie, wyrozumiale, jednak stanowczo. – Przestań zagłuszać, paplać jak najęty, marudzić, obrażać się czy racjonalizować. Zacznij słuchać. Bałwanie – dodał z odrobiną złośliwej przyjemności. Czytaj dalej

Latem nie słucham ptaków

Człowiek otworzył oczy i natychmiast spojrzał w groźne źrenice Ciemności spowijającej pokój. Niby tak samo, a jednak jakby inaczej. Na ile pozwalał mu Sen skaczący wciąż jak wieloryb po głowie, próbował się zastanowić. To już nie była ta zimowa Ciemność, która jednym ciosem potrafiła powalić Poranek, który z podkulonym ogonem czekał godzinami na swoją kolej. To była Ciemność, która puszczała w szwach, łamała się, traciła swą gęstość i ciężar. Czytaj dalej